Informowanie przedszkolaków o „radości” masturbacji oraz uczenie sześciolatków stosownego języka seksualnego – te i podobne kwiatki można znaleźć w standardach WHO. Do tych standardów przystosowano już seksualizującą edukację na Zachodzie. Te standardy usiłuje się powielić w Polsce – między innymi w Gdańsku i Warszawie.

Jak się jednak okazuje, sama Światowa Organizacja Zdrowia nie bierze odpowiedzialności za skutki przestrzegania ich standardów! „WHO, BZgA i UNDP nie ponoszą odpowiedzialności za szkody powstałe w wyniku wykorzystania tych informacji. Poglądy wyrażone w publikacji należą do autorów i autorek i niekoniecznie reprezentują oficjalne stanowisko Biura Regionalnego Światowej Organizacji Zdrowia dla Europy (WHO), Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), ich zarządów ani krajów członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych” – taki napis widnieje na okładce standardów edukacji seksualnej WHO.

Światowa Organizacja Zdrowia, która wręcz forsuje agresywną edukację seksualną w krajach Europy i naciska na jej wprowadzanie, nie bierze więc odpowiedzialności za masowe oswajanie dzieci z treściami o tematyce seksualnej, powodujące przedwczesne rozbudzenie dzieci i w konsekwencji podanie ich na tacy środowiskom pedofilskim. Te konsekwencje poniosą rodzice, którzy dziś próbują dzieci chronić, ale co najgorsze, poniosą je przede wszystkim dzieci.

Autor: Cecylia Szymanowska