Misjonarze twierdzą, że dopiero po trzech pokoleniach nawracanych ludzi można mówić o prawdziwych chrześcijanach. Co można powiedzieć o Amerykanach, którzy od prawie trzech pokoleń żyją w kraju, gdzie legalnie można zabijać dzieci na życzenie? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w filmie „Gosnell – proces największego seryjnego mordercy Ameryki” w reżyserii Nicka Searcy’ego.

Jednowątkowa fabuła przybliża nam bowiem nie tylko postać i proces aborcjonisty, doktora Kermita Gosnella, człowieka który dokonywał późnych aborcji oraz mordował dzieci żywo urodzone w brudnej placówce, gdzie roiło się od kotów, niewysterylizowanych narzędzi i worków czy nawet kartonów po mleku wypełnionych ciałami zabitych dzieci, ale pokazuje reakcje zarówno zwykłych ludzi jak i prawników na sprawę aborcji i sposoby dzieciobójstwa.

W główne role detektywa Jamesa „Woody’ego” Wooda i prokuratora Alexis „Lexy” McGuire wcielili się znani z serialu o Supermanie Dean Cain oraz z filmu „Siedem Dusz” Sarah Jane Morris. Ich grę aktorską, choć całkiem poprawną przyćmiewa jednak gra Earla Billingsa, który wcielił się w drugoplanową postać Kermitta Gosnella. Trudna rola „potwora”, który przecina noworodkom kręgosłupy nożyczkami, a w czasie przeszukania domu gra beztrosko na pianinie była nie lada wyzwaniem, z którego Billings wychodzi obronną ręką.

Film, który na Amerykanach zrobił wielkie wrażenie i jak podają producenci wyrobił w wielu z nich przekonanie, że późna aborcja to coś złego, nie jest jednak skrojony na polskiego odbiorcę. Obraz można podsumować słowami pani sędzi z tego filmu: „To nie jest sprawa o aborcji”.

Dlaczego? Dlatego, że podkreśla wyłącznie okrucieństwo późnych aborcji. Opisywane metody, włącznie z wysysaniem dzieciom mózgu, zastrzykiem z trucizną podawaną do serca dziecku, rozrywanie na strzępy itd. są przytaczane w kontekście trudu zabicia dziecka, które jest już coraz mocniejsze i silniejsze. O morderstwo Gosnell jest oskarżony tylko w przypadkach kilkorga dzieci, urodzonych żywo kilka tygodni przed terminem porodu, mimo iż zwłok znaleziono w jego placówce kilkadziesiąt, a jak zeznawał personel przecinanie kręgosłupów dzieciom żywo urodzonym było stałą praktyką. O aborcji w pierwszym trymestrze ciąży NIE MA W FILMIE ANI JEDNEJ WZMIANKI. Tak jakby naród amerykański był już tak przesiąknięty ideą rzekomego „prawa wyboru”, że nawet w obliczu okrutnej i barbarzyńskiej prawdy o aborcji nie znalazł się ani jeden człowiek, który chciałby to zmienić lub chociażby temat poruszyć.

Trzeba jednak przyznać, że film ma pewną doskonałą stronę. Choć oprócz pokazania stópek abortowanych dzieci, które kolekcjonował Gosnell w słoikach nie ma żadnego graficznego obrazu aborcji, to jednak w kulminacyjnej scenie prokurator pokazuje ławie przysięgłych, a potem widowni fotografię pucułowatego, ślicznego noworodka ze śladami krwi. To żywe duże dziecko zostało wspomnianym już sposobem zabite przez Gosnella. Obraz robi na wszystkich ludziach piorunujące wrażenie (na filmie widzimy tylko tył kartki, ale prawdziwe zdjęcie „baby boy A” można zobaczyć na stronie filmu (klik). Ukazuje to prawdę o tym, że pokazywanie zdjęć ofiar aborcji uzmysławia ludziom, że dzieci się nie zabija (Taką metodę Fundacja Pro-prawo do życia stosuje od lat. Czy dzięki temu w Polsce nie ma drugiej Ameryki…?).

Pomimo swoich niedoskonałości film jest godny polecenia, szczególnie osobom, które nigdy nie zetknęły się z rzeczywistością metod aborcyjnych. Warto zobaczyć jak niejako „od środka” wygląda klimat towarzyszący zabiciu dziecka, będący aktem desperacji czy rozpaczy, a kończący się fatalnie zarówno dla matki, dla dziecka jak i dla … całego społeczeństwa.

Zobacz także: Kermit Gosnell czyli ciemna strona Ameryki

Autor: Aleksandra Musiał