Marianna Bienias, wolontariuszka fundacji Pro-Prawo do Życia, która przez dwa miesiące wspierała irlandzkich pro-liferów przed majowym referendum, opowiada nam o skali manipulacji w tym kraju, prześladowaniach obrońców życia i o tym, jaką lekcję z irlandzkiej sytuacji może wyciągnąć Polska.  

Czy spodziewaliście się takiego wyniku referendum (stosunkiem 67 do 33 procent zniesiono konstytucyjną ochronę życia), czy do końca była nadzieja, że uda się uratować prawo do życia od poczęcia?

Ostatnie sondaże przed referendum wskazywały, że mniej niż 60 procent obywateli chce głosować za usunięciem ósmej poprawki, podczas gdy niezdecydowanych było wciąż prawie 20 procent. Jeśli weźmiemy pod uwagę, jak miały się liczby podawane w sondażach do faktycznych wyników w przypadku wcześniejszych referendów,  a także fakt że głosowanie za życiem było zdecydowanie niepoprawne politycznie – widzieliśmy szansę na zachowanie konstytucyjnej ochrony życia. W kampanię pro-life, szczególnie w ostatnich miesiącach, zaangażowało się bardzo wielu wolontariuszy. W największym jak dotychczas marszu dla życia – 10 marca tego roku, zjawiło się w Dublinie ponad 100 tys. osób. Biorąc pod uwagę, że w Irlandii żyje 5 mln obywateli, był to naprawdę imponujący i dający nadzieję wynik.

Jak to w ogóle możliwe, że w tym podobno konserwatywnym kraju zagłosowano za aborcją?

Jeśli spojrzymy na zmiany prawne w ostatnich kilkudziesięciu latach, zauważymy, że legalizacja aborcji wpisuje się w trend reform społecznych. Wraz z udostępnianiem aborcji dla Irlandek szło niszczenie rodziny. W 1992 roku wprowadzono konstytucyjne [sic!] prawo do podróży do Wielkiej Brytanii celem dokonania aborcji, a w 2003 roku zalegalizowano pigułki ‘dzień po”.  W 1995 roku dopuszczone prawem zostały rozwody, a w 2013 roku zrównano homozwiązki z małżeństwami. Od tego czasu mówienie o małżeństwie jako związku kobiety i mężczyzny stało się sprzeczne z konstytucją i dzieci w szkołach uczy się już nowej definicji… Zdemoralizowane społeczeństwo znacznie łatwiej ulega manipulacjom, na których aborcjoniści opierali swoją kampanię, powielając kłamstwa o niedostępności leczenia onkologicznego dla kobiet w ciąży, nazywając aborcję opieką zdrowotną i przewrotnie wzywając do współczucia kobietom w trudnej sytuacji życiowej. Symptomatyczne było stałe powoływanie się na trudne przypadki (gwałt, zagrożenie życia), podczas gdy proponowane prawo będzie dopuszczało aborcję na żądanie do 12 tyg, a z powodu tzw. przyczyn  medycznych (np. depresja matki) nawet do 6 miesiąca. Wiele osób dało się tutaj omamić. Można było się również spotkać z wpisami na portalach społecznościowych, szczególnie już po referendum, że nareszcie można będzie imprezować bez konsekwencji…

Spotykaliście się podczas demonstracji z wieloma aktami agresji…

W większości przypadków spotykaliśmy się z agresją słowną, wielokrotnie słyszeliśmy jakimi to okropnymi osobami jesteśmy, gdyż narażamy ludzi na takie okropne widoki. Najciekawsza obiekcja jaką słyszeliśmy była taka, że stoimy przy ulicy, którą ludzie zmierzają na koncert Eda Sheerana i chcą na kilka godzin zapomnieć o problemach, a my im to utrudniamy. Zwolennicy aborcji próbowali uciekać się do zasłaniania naszych banerów używając do tego głównie prześcieradeł. Zdarzyło się, że ktoś próbował obrzucić nas jajkami, innym razem w naszym kierunku poleciały kamienie. Na banerach znalazła się farba w sprayu oraz jogurt. Pewna kobieta rzuciła się na nasz baner łamiąc przy tym kije. Niechęć wobec tego, co pokazywaliśmy przejawiała się także zgłoszeniami na policję. I tutaj niestety policjanci najczęściej zamiast stać na straży prawa, sami je łamali próbując nakłaniać czy wręcz zmuszać nas do przerwania pikiety, w najbardziej dramatycznym przypadku uciekali się nawet do aresztowania oraz konfiskaty banerów! Nie mogę jednak nie wspomnieć o wielu wyrazach poparcia z jakimi się spotkaliśmy, czasem było to przyjazne trąbienie, kciuk uniesiony w górę, dobre słowo, uściśnięcie ręki czy zakupienie dla nas herbaty.

Jaką rolę odgrywały przed referendum media?

Media starały się sprawiać wrażenie jakby dawały prawo głosu obu stronom. W praktyce jedynie zwolennicy aborcji mieli możliwość w  pełni swobodnej wypowiedzi. Przypadki popierania aborcji przez znane osoby, np. Bono, były nagłaśniane, lecz opowiadanie się za życiem nie było jednak warte podania przez media głównego nurtu (np. w przypadku popularnego muzyka Jima Corra). Na kilka dni przed referendum Facebook oraz Google przestały wyświetlać treści reklamowe pro-life.

Jakie są różnice w działaniu polskich i irlandzkich pro-liferów?

Używanie do walki z aborcją zdjęć zabitych w ten sposób dzieci, zdecydowanie nie jest głównym sposobem działania organizacji pro-life w Irlandii. To co robią w większości opiera się na afirmacji życia. Opory w pokazywaniu jak rzeczywiście wygląda aborcja, związane są z obawą o to, jak w związku z tym postrzegane będą środowiska pro-life. Niektórzy jednak uświadamiają sobie brak skuteczności dotychczasowych działań, skoro pomimo zaangażowania tak wielu osób doszło do  referendum odbierającego prawo do życia najbardziej bezbronnym obywatelom Irlandii.

Czy Irlandia już ostatecznie przegrała? Jaką lekcję może z sytuacji w Irlandii wyciągnąć Polska i tutejsze środowisko pro-life?

Niestety tę bitwę Irlandia przegrała, jednak walka nadal trwa. W związku z mobilizacją przed referendum, nawiązanych zostało wiele kontaktów, także wiele nowych osób postanowiło się zaangażować. Odzyskanie młodego pokolenia, które w przytłaczającej większości opowiedziało się przeciwko prawu do życia, będzie bardzo trudne, jednak wiem, że Irlandczycy nie zamierzają złożyć broni. Aborcjoniści w realizacji swojego celu posłużyli się niszczeniem rodziny, deprawacją młodzieży poprzez edukację seksualną oraz promocją dewiacji. Należy zatem zarówno ukazywać barbarzyństwo aborcji jak i walczyć o poszanowanie rodziny i  bronić młodego pokolenia przed zgubnymi ideologiami.

Zdjęcie: Ireland says no to abortion

Jan Both – Fundacja Pro-Prawo do Życia; komórka Wrocław