Cally Hibbert była w 18 tygodniu ciąży, kiedy odeszły jej wody. Lekarze w brytyjskim szpitalu powiedzieli jej, że ma czekać na poronienie, bo nic nie da się zrobić. Następnego dnia dziecko nadal żyło, jego serce wciąż biło. Jak wspomina Cally: „Powiedziano mi, że przerwanie ciąży jest najlepszym wyjściem, ponieważ twierdzili, że dziecko ma mniej niż 1% szans na przeżycie, w sytuacji gdy tak szybko odeszły mi wody”.

Matka zaczęła sama szukać sposobów na podtrzymanie życia dziecka. Wyczytała gdzieś, by pić dużo wody i tak też zrobiła. Wypijała dziennie 9 litrów wody i dziecko przeżyło. Urodziło się 10 tygodni później. Dziś Leo jest zdrowym dwulatkiem.

Zadaniem lekarzy jest ratowanie życia, nawet jeśli szanse są niewielkie. Zdecydowanie nie jest ich zadaniem dobijanie dzieci, właśnie dlatego że szanse na ich przeżycie są niewielkie. Aborcyjna mentalność brytyjskiej służby zdrowia, kultywowana już od kilku pokoleń (kiedy to w 1967 roku zalegalizowano aborcję) sprawiła, że kompletnie stracono z oczu nie tylko szacunek dla życia ludzkiego ale i zwykłą wrażliwość na cierpienie matki i dziecka, którzy ze swojej strony robili wszystko, by mały Leo przeżył. Jak nieczułym trzeba być, by zdruzgotanej spodziewanym poronieniem kobiecie powiedzieć, by dobiła swoje dziecko? Dla kogo niby miałoby to być „najlepsze rozwiązanie”?

Dziś w Polsce podobną mentalnością charakteryzują się lekarze, gdy u dziecka wykryje się jakąś wadę lub chorobę. Tę mentalność kultywują od 1943 roku, kiedy to Hitler uznał, że takie prawo będzie dla Polaków najlepsze.

Źródło: https://www.thesun.co.uk/fabulous/6230327/mum-premature-son-water-rescue/

Aleksandra Musiał – Fundacja Pro-Prawo do Życia