Jestem Monika. Jestem od 1,5 roku szczęśliwą żoną i matką 10-miesięcznej córeczki. Nie będzie to świadectwo dotyczące aborcji, ale myślę, że warto przeczytać. Jestem absolutną przeciwniczką aborcji (może za wyjątkiem zagrożenia życia matki, bo nie jestem tak odważna jak np. święta Joanna Beretta Molla, której imię wybrałam przy bierzmowaniu). Bóg wie, że przyjęłabym każde dziecko…

Tydzień temu stało się coś, czego nie rozumiem – dowiedziałam się, że serce mojego dzieciątka przestało bić 2 tygodnie temu. Dlaczego to spotkało mnie? Przecież codziennie modliłam się o jego zdrowie, kilkukrotnie podejmowałam się duchowej adopcji dziecka poczętego… Musiałam mieć wywołane poronienie, choć dla mnie był to poród martwego dziecka, bo tak o nim myślałam… Widziałam je i czułam, gdy poroniłam… Mieściło się w dłoni i wyglądało… jak dziecko, jak mała laleczka…

W 15. tygodniu nierzadko kobiety „nowoczesne”, „wyzwolone” i „niezalezne” (bo tak siebie nazywają) usuwają ciążę. Bałam się mieć zabieg, bo wiem, jak to wygląda – dziecko rozrywane na kawałki. Moje dziecko nie żyło i nie czuło, ale i tak uważałam to za barbarzyństwo. Dostałam więc tabletki i i tak czułam się jak zabójca… Nie rozumiem jak ktoś może zabić własne dziecko. Przecież ono czuje… i jest takie bezbronne.

Czym różni się zabicie człowieka na ulicy od aborcji? Chyba tylko tym, ze aborcja jest czymś gorszym, bo człowiek na ulicy ma szansę się obronić… Druga kwestia, którą chciałam poruszyć, dotyczy ciała dzieciątka. Ja postanowiłam ciało pochować. Bo jak mogłabym postąpić inaczej?Wyrzucić? Zutylizować? Tak jak pisałam, to było już dziecko, może terminologia na ten tydzień to płód, ale dla mnie to był mały człowiek.

Całe życie pisałam mnóstwo tekstów, a teraz? Nie wiem jak zakończyć swoje świadectwo… Nie ma odpowiednich słów. Chciałabym Was zostawić z refleksją… A najbardziej te osoby, które zastanawiają się nad usunięciem ciąży. Tak bardzo chciałabym się z wami zamienić i mieć możliwość wyboru, móc wybrać życie.