Od samego początku ciąża była zagrożona. Rokowania były nie najlepsze.

Lekarze dawali 20-30% szans na przeżycie, mówili że jeśli przeżyję to z silnym upośledzeniem ruchowym, mózgowym (głębokie niedotlenienie mózgowe wewnątrzmaciczne). Moja mama mając już 2 dzieci w wieku 3 i 7 lat, bała się jak sobie poradzi, gdzie jeszcze było tak ciężko z finansami, ale wsparcie ze strony męża, a mojego ojca było ogromne.
Moja ciocia, siostra mojej mamy, do dziś wspomina, jak każdego dnia modliła się o zdrowie dla mnie, aby Bóg się mną zajął i jak widać, wymodliła cud życia i zdrowia, bo inaczej nie potrafię tego opisać. Fakt, że diagnoza była częściowo prawidłowa. Jednak najważniejsza w tym wszystkim była szybka reakcja: dostarczenie leków oraz rehabilitacja.

Mama, będąc w gabinecie lekarskim, otrzymała propozycję aborcji. Nie było to powiedziane w sposób bezpośredni, ale każdy mądry człowiek zrozumiałby, o co chodzi. „Kiedyś to był łatwiejszy dostęp do tego, ale teraz to kosztuje.” Oczywiście, mama się nie zgodziła. Kiedy byłam jeszcze w brzuszku, konieczne było podanie dawek leku na rozwój płuc. Jedną ampułkę wstrzyknięto mojej mamie, jednak po kolejną trzeba było jechać specjalnie do Kalisza, gdzie już zostałyśmy, gdyż w szpitalu gdzie wcześniej byłyśmy, nie posiadali więcej tego leku. Do tego trzeba było samemu je opłacić i następnie oddać w szpitalu lek…

Dzień narodzin, 10 marca 1995 r. Gdy lekarz wyciągnął mnie z brzuszka, powiedział „nie oddycha”, ale po chwili oddech wrócił. Urodziłam się dwa miesiące za wcześnie. Mama była świadoma zagrożenia i tego, że dziecko może urodzić się z wadami albo po prostu martwe. Zapytała pielęgniarki, „co z dzieckiem, bo jeśli coś nie tak, to trzeba szybko je ochrzcić”, wtedy pielęgniarka rzekła, że „z dzieckiem chyba wszystko dobrze, bo lekarze nic nie mówią”. Po tym wróciłam szybko do inkubatora.

Waga 1400 g, nieco więcej jak opakowanie mąki. Miesiąc leżałam na oddziale.

Następnie kontrolne wizyty w szpitalu w Krotoszynie, gdzie lekarze twierdzili, że wszystko ok. Minęło pół roku. Kolejne wizyty w Kaliszu, gdzie się urodziłam, a gdzie w końcu stało się – lekarze postawili diagnozę: porażenie dziecięce, do tego jedna półkula mózgu jest słabsza. Moja mama w płacz. Ale nie poddawała się, lekarz specjalizujący się w rehabilitacji pokazał mamie, jak ją prawidłowo przeprowadzać. Dzień w dzień ugniatanie, wyginanie, naciąganie aż do skutku. Mama do dziś wspomina, jak leżałam na kozetce strasznie płacząc. I to uratowało mi życie.

Minęły prawie 23 lata. Żyję, mam się dobrze, nie mam większych problemów zdrowotnych. Dziękuję Bogu za ten dar, który otrzymałam. Wierzę, że była w tym ręka Boska, bo inaczej tego ująć nie potrafię. Ręka Boska poprzez dłonie moich rodziców, którzy robili wszystko, abym mogła normalnie żyć i funkcjonować. I dziękuję mojej mamie, że nie zgodziła się na zabicie mnie.

Jest to zaledwie kawałek z całej historii, gdyż napisanie całości zajęłoby sporo czasu, jednak to co kluczowe, zostało zawarte. Dlatego, jeżeli ktoś rozważa aborcję, niech pomyśli o swoim dziecku, o tym że jeżeli grozi mu jakaś choroba, wada, porażenie, cokolwiek, przy odrobinie wysiłku można sprawić, że znów będzie zdrowe. Wielu mówi, że najlepiej „pozbyć się problemu”. Jednak to tak nie działa. Początkowo człowiek myśli, że dobrze zrobił. Jednak z biegiem czasu zaczynają nim targać wyrzuty sumienia, zastanawia się „co by było gdybym je urodziła, jak by wyglądało”. Wiele osób, które tego dokonały, tak właśnie myśli. I zachęcam do wysłuchania innych świadectw. Bo gdy już się podejmiesz aborcji, wtedy będzie za późno. A sumienie nie da Ci spokoju.

Należy również pomyśleć o tym, że diagnozy lekarzy bardzo często są mylne. W końcu oni są tylko ludźmi z krwi i kości, którzy również popełniają błędy. A co jeśli abortowane dziecko, okazałoby się zupełnie zdrowe po narodzinach? Warto zadać sobie te pytania, zanim podejmiemy decyzję albo chociażby wypowiemy się w tej kwestii.

Bo w momencie kiedy przestaniemy o siebie walczyć, wtedy możemy mówić, iż zatraciliśmy swoje człowieczeństwo.

Anna