Urodziłam się w latach, kiedy nie było jeszcze badań prenatalnych, a nawet USG. Biedne są obecnie te dzieci, które „dla ich dobra”, w wyniku takiego badania pozbawiane są życia przed narodzeniem. Rodzice tłumaczą to tym, że „nie będą szczęśliwe” lub „kto się nimi zaopiekuje, gdy nas zabraknie?”…

Myślę, że takie tłumaczenie wypływa z wygodnictwa oraz chęci osiągnięcia w życiu sukcesu, a także z błędnego przekonania, że szczęśliwy jest ten, kto więcej posiada. Przykładem są znane osoby i ich życie: aktorzy, piosenkarze, politycy itp. Człowiek szczęśliwy nie zmienia ciągle życiowych partnerów, nie ucieka w narkotyki, czy alkohol. Nikt też nie morduje dziecka, które mając kilka lat ulega wypadkowi i staje się inwalidą. Myślę, że mam szczególne prawo wypowiadać się na ten temat, gdyż jestem dotknięta nieuleczalną jak dotąd chorobą genetyczną, a mimo to jestem szczęśliwa i nie zamieniłabym się z osobą zdrową, która ma na pozór wszystko w swoim życiu, a krzyczy, że jest nieszczęśliwa.

Nasza rodzinna choroba została zdiagnozowana dopiero 5 lat temu. Pomimo słabego zdrowia, wielu dolegliwości i wczesnej śmierci członków rodziny ze strony taty, lekarze wmawiali mi, że jestem zdrowa. Obecnie znam wiele osób, na które mogę liczyć, również koleżanki i kolegów lekarzy i to dopiero oni mnie zdiagnozowali. Występuje u mnie cały szereg jednostek chorobowych: duże zmiany w układzie kostnym, liczne guzy niezłośliwe na skórze i w głowie, przez co tracę wzrok. Mam wadę wymowy, kłopoty z nerkami, zaburzenia hormonalne, częste infekcje górnych dróg oddechowych, kłopoty z ciśnieniem oraz inne. Moja choroba postępuje, ale nie jest to dla mnie przeszkodą do radości życia. Osoby, które mnie znają bliżej mówią, że jestem duszą towarzystwa i że tam, gdzie ja jestem, nie może być smutno. Nazywają mnie „gwiazdą”, pomimo, że moje ciało przypomina raczej rysunek przedszkolaka.

Skąd płynie moje szczęście? Z codziennej Eucharystii – o ile mi czas pozwala i nie jestem np. w szpitalu lub gdzieś daleko od kościoła, gdyż chodzę raczej na krótkich dystansach. Z modlitwy i trwania przed TYM, który nie stwarza bubli, tylko arcydzieła.

Wierzę, że jestem odpowiedzią dla wielu, gdzie tkwi źródło szczęścia, i że wystarczy być, a nie trzeba koniecznie mieć. Ciało jest stworzone na obraz i podobieństwo Boga. To w tym chorym i słabym człowieku widać bardziej działanie Boga. Właśnie dlatego, że jestem taka, jaka jestem, ludzie pytają mnie o źródło mojego szczęścia i radości. Dzięki temu mogę bardziej wiarygodnie mówić O TYM, który nadał sens mojemu życiu i może nadać właściwy kierunek – ku szczęściu – każdej ludzkiej istocie.

Gdy spotkałam Jezusa w wieku 17 lat odkryłam, że On kocha mnie osobiście, taką jaka jestem. Łatwiej mi było wówczas przyjmować postępy choroby i zarazem wmawianie mi przez lekarzy hipochondrii, przez to tylko, że byli niedouczeni.

Choroba Recklinghausena występuje raz na trzy tysiące osób, jednak lekarze nie potrafią jej zdiagnozować. Na jej siedem punktów diagnostycznych ja mam wszystkie. Nie zazdroszczę jednak osobom zdrowym na ciele, które mają chorą duszę. Ja swój czyściec przechodzę tu, oni przejdą go po drugiej stronie. Wierzę, i mam taką nadzieję, że dzięki mojej modlitwie wielu mi podobnych dostanie się do Nieba i nie przepadną na wieki.

Są chwile, kiedy chciałabym mieć zdrowe ciało, móc być matką. Ale jednocześnie dziękuję Bogu za to, że nie mając dzieci fizycznie, mogę mieć te duchowe i rodzić dla Jego Królestwa. Moim ciałem nikt się nie zachwyci na wyborach „Miss Polonia”, ale jaki to sukces, gdy coś „otrzymuje się z góry”? Chcąc utrzymać w miarę dobrą kondycję, muszę w to włożyć wiele wysiłku, często więcej niż sportowcy. Cieszę się zwykłymi sprawami, których się nie ceni mając zdrowe ciało: tym, że chodzę, czytam gruby druk i żyję jako czwarta osoba ze strony taty (właśnie przekroczyłam 36 rok życia).

Są ludzie, którzy mnie nie akceptują. Nawet od kapłana usłyszałam, bym nie śpiewała w kościele, bo gdy mnie słyszy, „szlag go trafia” (mam wadę wymowy) . Współczuję takim ludziom i wiem, że są biedniejsi ode mnie. Mając wiele, odrzucają tych, którzy w ich oczach uchodzą za mniej wartych szacunku. Dla mnie jest to dowód, że nie akceptują samych siebie. I na to, że to nie ciało, a dusza człowieka stanowi o jego wartości. Brzydula dla oka może być balsamem dla duszy, a okaz urody i zdolności, małą osóbką okazującą innym swoją wyższość. Dlatego też, szczerze dziękuję Bogu i rodzicom (tato już nie żyje) za łaskę życia. Dodam, że nigdy nie miałam żalu do taty, ani dalszych przodków, że przekazali mi chorobę genetyczną.

Hanna Wdowiak

GŁOS DLA ŻYCIA
nr 6 (71) listopad/grudzień 2004

Źródło: http://adonai.pl/life/?id=32