Mam na imię Małgorzata, mam 37 lat… Od 10 lat mieszkam z mężem w Irlandii. W tym czasie 4 razy zostaliśmy szczęśliwymi rodzicami, mamy 3 chłopców (8, 6 i 4 lata) i najmłodsze nasze szczęście to Marysia 5 m-cy. Pierwsze trzy ciąże przebiegały bez problemu, natomiast przy Marysi (15 tydzień) lekarz w Polsce poinformował mnie, że dziecko będzie bardzo chore, będzie miało strasznie dużo wad, być może nie dożyje do porodu a nawet jeśli dożyje, to umrze po urodzeniu. Wspomniał również o terminowaniu ciąży (usunięcie), na co ja stanowczo, że „NIE…jeżeli to ode mnie zależy, to będzie żyło”.

Pamiętam, że jeszcze potem padła propozycja „usunięcia” oczywiście odrzucona. Lekarz nastraszył mnie tak, że pewnie większa część pacjentek skorzystałaby z propozycji. Po urlopie wróciliśmy do Irlandii. Lekarze w szpitalu również stwierdzili, że dziecko ma chore serduszko i któryś z zespołów. Badania wykazały, że będzie to zespół Downa. Pytali czy to coś zmienia, czy tak samo podchodzę do tej ciąży, jak do trzech poprzednich… Oczywiście, że tak… to nic nie zmieniło. Cała ciąże modliłam się o zdrówko dla Marysi, modliłam się o cud.

Mimo, że Marysia urodziła się chora, to właśnie ona jest tym cudem. Kocham ją jeszcze bardziej, niż w czasie ciąży. Chcę bardzo podziękować za wsparcie i modlitwę mojej całej rodzinie oraz znajomym. Mieliśmy w te wakacje wracać do Polski, ale czekamy na termin operacji serduszka… Do operacji musimy zostać w Irlandii, ale czego się nie robi dla kochanej i bezbronnej osoby. Jeżeli któraś z Was stoi w tym momencie, na rozdrożu swojego życia, niech wybierze te dobrą drogę, nie zawsze łatwą, ale dającą szczęście. Wiem, że jeśli byłabym w następnej ciąży i kolejne dziecko miałoby urodzić się chore, to zawsze wybiorę życie.

Małgorzata Cichy