Chciałabym podzielić się swoją historią. Jestem mamą trójki dzieci. Córeczka 2,5 roku, syn 1 rok i 3 miesiące, drugi syn 11 dni. Na początku roku zaszłam trzeci raz w ciążę. Bardzo się z mężem cieszyliśmy. Zawsze marzyliśmy o dużej rodzinie.

Pierwsza wizyta ok, na drugiej wizycie lekarz prowadzący zauważył podwyższony poziom NT. Wynosił wtedy 5. Był to 10 tydzień ciąży. Kazano mi usiąść za biurkiem i zaczęła się rozmowa. Przyznam, że w temacie przezierności karkowej nie wiedziałam nic, ale po chwili zaczęły spływać na mnie różne informacje. Dziecko jest słabe. Nie wiemy czy dożyje następnej wizyty. Przezierność jest bardzo wysoka, może to świadczyć o tym, że dziecko będzie chore. Zespół Downa, Torentsa, choroby serca i tak wymieniano w nieskończoność. A ja siedziałam, łzy cisnęły mi się do oczu. Jak to, nie mamy szans?

Usłyszałam, że dziecko jest bardzo małe i że kwalifikuje się do… aborcji! Aborcja? Boże, jak to? Czemu? To był cios prosto w serce matki. Każą mi zabić dziecko?! Kto mi daje prawo decydować o życiu mojego dziecka?! Pamiętam jedno, przed wyjściem z gabinetu powiedziałam: Ja będę walczyć. Mam dla kogo. I tak zaczęła się walka o życie mojego dziecka, które będę kochać takie, jakie będzie.

Robiłam różne badania, ale przede wszystkim oddałam życie dziecka Bogu i Matce Najświętszej. Codziennie całą rodziną odmawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Wysłałam 100 maili z prośbą o modlitwę do 100 zakonów. Odbywały się Msze Święte. Szturm modlitewny był wielki. Lekarze nie chcieli powiedzieć czy dziecko będzie zdrowe. Proponowano badania inwazyjne, których odmówiłam.

2.09 2016 r. o 10.50 urodził się Tymoteusz. Okaz zdrowia. Dostał 10 pkt. Wszystko jest dobrze, dzięki Bogu. Cieszę się, że miałam ogromne wsparcie rodziny, ale i obcych. Ten czas był dla mnie trudny i wyczerpujący, ale wynagrodzeniem jest zdrowy synek. Zawsze trzeba wierzyć do końca i nie poddawać się. Wiem, nie jest to łatwe, ale jest możliwe.

Sylwia Szypuła