Feministki aktywnie zbierały w tym roku podpisy pod prawem do mordowania człowieka na życzenie matki, a w niektórych przypadkach, nawet wbrew jej woli oraz za przymusową seksualizacją dzieci. W listopadzie chwaliły się, że pod ich projektem podpisało się „prawie pół miliona Polaków”, choć oficjalna liczba zebranych podpisów to 400 tysięcy. O 20% podpisów mniej.

Okazuje się jednak, że i ta liczba jest prawdopodobnie kłamstwem. Gość Niedzielny sprawdził dokumenty w Kancelarii Sejmu, gdzie weryfikowano podpisy. „Wykaz podpisów obywateli zawiera 21823 strony znajdujące się w 44 teczkach” – czytamy w dokumencie. Warto przypomnieć, że na każdej stronie mieści się 10 podpisów. Jeśli więc stron jest ok. 21 tysięcy, podpisów może być maksymalnie 10 razy tyle. Czyli ok. 210 tys.

Z tych 210 tys. warto odjąć jeszcze średnio 1/10 podpisów, które zostały uznane za nieważne. Czytamy bowiem dalej, że „ogółem zweryfikowano 106929 podpisów znajdujących się na pierwszych 11500 stronach (23 teczki), z których 105481 podpisów uznano za złożone prawidłowo, natomiast 1448 podpisów złożono wadliwie.” Podpisów więc było prawdopodobnie nieco ponad 200 tysięcy. I to w optymistycznym dla skrajnej lewicy scenariuszu, gdyż dobrze wiemy, że nie wszystkie karty podpisowe są przecież wypełnione do końca.

Dlaczego aborcjonistki zawyżyły liczbę podpisów o 100%? Biorąc pod uwagę zeszłoroczne podejrzenia dotyczące podpisów oraz tegoroczne kłamstwa na temat ich projektu, sprawa staje się jasna. Przy walce o prawo do mordowania, uczciwości w żaden sposób spodziewać się nie możemy.

Karolina Jurkowska – wolontariuszka w Fundacji Pro-Prawo do Życia