To był rok chyba rok 1990, a ja miałam 23 lata. To był II rok studium pielęgniarskiego. Odbywałam praktyki w szpitalu MSWiA na ul. Wołoskiej, na oddziale położnictwa i ginekologii. Opiekun naszej grupy rozdzielał zadania i mnie przypadło w udziale asystowanie do zabiegu przerwania wczesnej ciąży (trzeci miesiąc), potocznie zwanego skrobanką.

Do dziś pamiętam szczegóły zabiegu: rozszerzanie szyjki macicy oraz wyłyżeczkowanie jamy macicy, jak również tę panią i powód, dla którego zdecydowała się na usunięcie ciąży. Czterdziestoparoletnia kobieta, mająca już troje dużych dzieci zaszła w ciążę w okresie okołomenopauzalnym i nie chciała mieć tego dziecka. Mówiła o tym tak lekko, jakby to był zabieg kosmetyczny. Nie wiem jak dałabym sobie radę z traumą po zobaczeniu tego zabiegu, gdyby nie kilkanaście porodów, które potem zobaczyłam. To było takie swoiste antidotum. Niewątpliwie gdybym w tej masie abortowanej tkanki dostrzegła wtedy części ciała dziecka to żadne antidotum by mi nie pomogło.

Już wcześniej nie wyobrażałam sobie możliwości poddania się aborcji, tak po tym doświadczeniu utwierdziłam się w swojej postawie.

Agnieszka Dowgiałło-Perkowska